Skąd się biorą przymrozki w kwietniu i dlaczego najpierw w dolinach

Kwietniowy świt w dolinie Uherki pod Chełmem: na dole biała łąka, kilkanaście metrów wyżej zielona trawa. Skąd ta różnica i kiedy przymrozek przychodzi najpierw do doliny.
Wyjechałam za piętnaście szósta, słońce jeszcze siedziało pod horyzontem od strony Bugu. Do doliny Uherki mam z domu kilka minut, więc pierwszy wpis w tym serwisie zaczyna się prawie pod moim płotem. Zjechałam polną drogą w dół, zostawiłam auto na skarpie i zeszłam na łąki.
Na dole wszystko było białe. Trawa sztywna, kretowiska oprószone, na rowie cienka szyba lodu przy brzegu. Termometr przy plecaku, który noszę na wysokości piersi, pokazywał jeden stopień powyżej zera. Wróciłam na skarpę, może dwanaście, może piętnaście metrów wyżej, liczę na oko. Tam trawa była zielona i mokra od rosy, a szronu ani śladu.
Zimne powietrze płynie w dół
Ta różnica kilkunastu metrów to cała tajemnica kwietniowych przymrozków. W pogodną, bezwietrzną noc ziemia oddaje ciepło w niebo. Nic jej nie przykrywa, chmur nie ma, wiatr nie miesza powietrza. Najszybciej stygnie to, co leży najniżej, przy samej trawie. Powietrze ochłodzone przy gruncie jest cięższe od cieplejszego i zaczyna się zsuwać po zboczach, powoli, jak rozlana woda. Zbiera się w dolinach, nieckach, w zagłębieniach przy rowach. Synoptycy mówią o zastoiskach zimnego powietrza, a ludzie ze wsi po prostu wiedzą, gdzie „łapie”.
Taki przymrozek nazywa się radiacyjnym, bo bierze się z wypromieniowania ciepła. Jest jeszcze drugi rodzaj, adwekcyjny, kiedy zimne powietrze przychodzi z północy albo ze wschodu całą masą. Wtedy wieje, marznie wszędzie po równo i dolina nie ma znaczenia. Ten pierwszy jest podstępniejszy, bo w mieście na termometrze za oknem może być plus trzy, a dwa kilometry dalej w obniżeniu łąka siwieje.
Przez trzydzieści lat chodziłam po takich dolinach z tyczką i zauważyłam jedno: woda znajdzie najniższy punkt, a zimne powietrze zachowuje się bardzo podobnie. Gdzie stoi woda po roztopach, tam rano jest szron.
Dwa metry nad ziemią i tuż przy trawie
Temperaturę do prognoz mierzy się na wysokości dwóch metrów, w klatce meteorologicznej. Moja ogrodowa klatka, którą mąż zbił z desek, ma tę samą zasadę, choć dokładność już domową. Tymczasem przy samym gruncie, kilka centymetrów nad trawą, w pogodną noc bywa o kilka stopni zimniej. Dlatego w ostrzeżeniach służby meteorologicznej pojawiają się dwie liczby: na przykład minus dwa w powietrzu i minus pięć przy gruncie.
Przymrozkiem nazywa się spadek temperatury poniżej zera w okresie, kiedy średnia doby jest już dodatnia, czyli wtedy, gdy rośliny ruszyły z wegetacją. Gdy przy gruncie jest mróz, a na dwóch metrach plus, mówi się o przymrozku przygruntowym. Dzisiaj rano miałam go jak na lekcji: plus jeden przy plecaku, biało pod butami.
U siebie w ogrodzie, który leży wyżej, o siódmej zapisałam cztery stopnie i rosę. Gdybym nie zjechała do doliny, uznałabym, że noc była po prostu chłodna. Liczba w arkuszu się zgadza, tylko nie mówi wszystkiego o okolicy.

Kwiecień ma długie noce i ciepłe dni
Dlaczego właśnie kwiecień? W marcu ziemia jest jeszcze zimna, ale nic na niej nie rośnie, więc mróz nie robi szkody. W kwietniu dni bywają już ciepłe, po południu nawet kilkanaście stopni, trawa rusza, krzewy wypuszczają liście, w ogrodach wschodzą pierwsze warzywa. A noce wciąż są długie i przy wyżu, kiedy niebo jest czyste, ziemia ma dużo czasu, żeby się wychłodzić. Dzisiaj po południu było siedemnaście stopni. Rano, trzysta metrów ode mnie, młode liście głogu przy rowie miały na brzegach białą obwódkę.
Przymrozek da się w dużej mierze przewidzieć samemu, patrząc wieczorem w niebo. Jeśli jest czyste, wiatr ucichł, a powietrze jest suche, ziemia będzie stygła szybko i do rana. Wystarczy jednak, że przyjdą chmury, nawet wysokie i cienkie, albo zacznie lekko wiać, i noc kończy się na plusie. Chmury odsyłają część ciepła z powrotem ku ziemi, a wiatr miesza zimną warstwę przy gruncie z cieplejszym powietrzem wyżej. Pod rozłożystymi olchami nad rowem szronu dziś prawie nie było, bo korony działały jak dach.
Takie przymrozki zdarzają się w Polsce do połowy maja, a w dolinach i na torfowiskach czasem jeszcze później. Stąd dawna ostrożność z sadzeniem przed „zimnymi ogrodnikami”, czyli przed połową maja. Imieniny trzech świętych to po prostu zapisane doświadczenie wielu pokoleń: do tego czasu noce potrafią zaskoczyć.
Stare łąki wiedziały lepiej
Na scaleniach gruntów pracowałam w dolinach podobnych do tej. Na starych mapach widać, jak ludzie dzielili ziemię: w dolinie łąki i pastwiska, na zboczach pola, a domy i ogrody na górze, przy drodze. Nikt im nie tłumaczył fizyki. Widzieli po prostu, gdzie rano siwieje i gdzie wczesne ziemniaki czernieją.
Gospodyni z domu na skraju skarpy, z którą zamieniłam kilka zdań przy furtce, powiedziała to krótko: „Na dole przy rowie nie sadzę niczego przed piętnastym maja. Na górze mogę tydzień wcześniej”. Ten tydzień to właśnie te kilkanaście metrów wysokości.
Około dziewiątej słońce przeszło nad olchy i szron zaczął znikać, najpierw na wschodnim brzegu łąki, potem w środku. Przy rowie, w cieniu, trzymał się do wpół do dziesiątej. Po dziesiątej zostały tylko mokre ślady moich butów.
Zanim wyjdziesz w teren
- Jeśli wieczorem niebo jest czyste, nie wieje i powietrze jest suche, licz się z przymrozkiem w dolinach, nawet gdy prognoza dla pobliskiego miasta pokazuje plus.
- Rano na łąkach w obniżeniach przyda się obuwie nieprzemakalne. Szron topnieje w godzinę, a trawa zostaje mokra prawie do południa.
- Drogi i mostki w dolinach bywają rano śliskie, kiedy na górze asfalt jest suchy. Zwolnij przy zjeździe do rzeki.
- Grządki i młode sadzonki okrywa się włókniną wieczorem, zanim ziemia straci ciepło. Zdejmuje się ją, kiedy słońce stopi szron.
Reportaż napisała Elżbieta z Chełma. Geodetka z Chełma. Przez 35 lat pracowała w polu w każdą pogodę: przy scaleniach gruntów, potem we własnej pracowni. Od 1998 roku codziennie o siódmej zapisuje temperaturę, opad i wiatr.



