Jak wyglądają gminne zawody strażackie i za co traci się punkty

Wiejskie boisko pod Lublińcem, kilkanaście drużyn ochotniczej straży, motopompy i taśma miernicza od świtu. Opisuję, jak przygotowuje się tor, jak przebiega ćwiczenie bojowe i za co sędzia dopisuje punkty karne.
O siódmej na boisku były tylko dwa samochody strażackie, beczkowóz i kilku mężczyzn z taśmą mierniczą. Trawa była mokra od rosy, a od lasu na wschodzie ciągnęło chłodem, termometr przy plecaku pokazywał pięć stopni. Boisko leży na płaskim, piaszczystym terenie, jak większość okolic Lublińca: sosny dookoła, ziemia lekka, po deszczu szybko obsycha.
Mierzenie trwało prawie godzinę. Patrzyłam na to z zawodowym zainteresowaniem, bo tory na takie zawody mają wymiary zapisane w regulaminie co do metra.
Tor wyznaczony taśmą
Zawody gminne składają się zwykle z dwóch konkurencji: sztafety pożarniczej siedem razy pięćdziesiąt metrów z przeszkodami i ćwiczenia bojowego. Na sztafetę potrzeba trzystu pięćdziesięciu metrów bieżni. Na każdym odcinku jest coś innego: płotek, rów do przeskoczenia, trzy tyczki do slalomu, równoważnia, drewniana ściana, a na końcu rozdzielacz, do którego ostatni zawodnik podłącza wąż z prądownicą.
Tor do ćwiczenia bojowego ma dziewięćdziesiąt jeden metrów długości i dwadzieścia szerokości. Przy starcie stoi zbiornik z wodą i drewniany podest dwa na dwa metry, na którym drużyna układa sprzęt. Na czterdziestym siódmym metrze jest linia, przy której ma stanąć rozdzielacz, na osiemdziesiątym piątym linia stanowisk prądowników. Za nią tarcza o średnicy piętnastu centymetrów, zawieszona na wysokości półtora metra, i pachołki na podstawach.
Pierwsze, co sprawdziłam okiem, to spadek. Boisko opadało lekko w stronę jednej bramki, kilkanaście centymetrów na całej długości. Nikt się tym nie przejął i słusznie, ale po południu cała woda z tarcz spływała właśnie tam i przy linii prądowników zrobiło się błoto.
Trzy minuty na rozwinięcie linii
Drużyna to dowódca, dwie roty po dwie osoby, czyli przodownik i pomocnik, rozdzielaczowy, łącznik i mechanik przy motopompie. Dowódca melduje gotowość sędziemu i wydaje rozkaz, ustalony słowo w słowo: stanowisko wodne przy zbiorniku, rozdzielacz na wysokości dwóch odcinków, linie gaśnicze, zadania dla rot. Potem start.
W kilkadziesiąt sekund trzeba połączyć węże ssawne, wrzucić je do zbiornika, uruchomić motopompę i zassać wodę. W tym samym czasie biegną węże tłoczne do rozdzielacza i dwie linie gaśnicze do stanowisk. Pierwsza rota strąca prądem wody tarczę, druga przewraca pachołki. Na całość jest limit trzech minut, a dobre drużyny mieszczą się w niespełna połowie tego czasu.
Wynik liczy się prosto: sekunda to punkt. Do czasu dodaje się punkty karne. W tych zawodach punktów się nie zdobywa, tylko zbiera, i wygrywa ten, kto po obu konkurencjach ma ich najmniej.

Klucz na łączniku
Za co więc dopisuje się punkty? Z bliska widać, że często za drobiazgi, które w prawdziwej akcji mają znaczenie. Węże ssawne trzeba łączyć kluczami. Jeśli ktoś skręci łącznik ręką i klucz nie zostanie założony, sędzia notuje pięć punktów. Tyle samo za niezrozumiały albo niepełny rozkaz dowódcy, za nieregulaminowe rozwinięcie węża, za źle ustawiony rozdzielacz i za każdego zawodnika, który przekroczy linię stanowisk prądowników. Jeśli rota pomoże drugiej, kara wynosi dwadzieścia punktów.
„Klucz ma być na łączniku, nawet jak wąż sam wejdzie” - powiedział sędzia z kartką do młodego strażaka, który podszedł zapytać, dlaczego ma pięć punktów więcej.
W sztafecie przewrócony płotek albo tyczka kosztuje trzy punkty, nadepnięcie na linię rowu też trzy, zeskok przed końcem równoważni pięć. Najdrożej wychodzi niepodłączenie węża do rozdzielacza i ominięcie przeszkody, po dziesięć punktów. Wybiegnięcie poza strefę zmian choćby jedną nogą to pięć. Przy wynikach rzędu sześćdziesięciu, siedemdziesięciu sekund w sztafecie każda taka kara przesuwa drużynę o kilka miejsc.
Rosa rano, błoto po południu
Pogoda decyduje tu o niejednym punkcie. Rano mokra trawa była śliska i dwóch biegaczy pojechało na równoważni. Woda z prądownic przy słabym zachodnim wietrze leciała odrobinę w bok i przodownicy celowali trochę pod wiatr. Koło południa słońce wysuszyło bieżnię, za to przy tarczach stało już błoto po kostki i ostatnie drużyny brodziły w nim przy wymianie sprzętu.
Drużyny młodzieżowe, dzieci i nastolatki, mają regulamin trochę łagodniejszy. Najmłodsi zamiast ściany pokonują w sztafecie płotek, a rów jest węższy. W ich ćwiczeniu bojowym nie płynie woda z motopompy. Przodownicy kładą prądownice na wyznaczonym polu, a potem strącają cel ręcznymi pompkami, przy których pomocnicy pompują wodę. Drużyny kobiece w sztafecie też mają płotek zamiast ściany. Kibice przy tych startach są najgłośniejsi, a sędziowie pilnują tak samo, z kartką i stoperem.
Po południu było siedemnaście stopni. Młodzież startowała na końcu, a sędziowie wciąż chodzili z taśmą i poprawiali przesunięte pachołki. Wyniki ogłoszono przy remizie, kiedy cień sosen sięgał już połowy boiska.
Zanim wyjdziesz w teren
- Stój za taśmą z boku toru, nigdy za tarczami. Prąd wody z prądownicy ma dużą siłę, a wąż pod ciśnieniem potrafi szarpnąć w bok.
- Na mokrą trawę i błoto przy tarczach weź buty, których nie będzie ci szkoda. Do kolan po południu będzie mokro.
- Motopompy są głośne. Z małymi dziećmi lepiej oglądać z kilkunastu metrów.
- Najczystsze przejazdy widać rano, kiedy tor jest jeszcze suchy i równy. Po południu częściej decyduje przypadek.
Reportaż napisała Elżbieta z Chełma. Geodetka z Chełma. Przez 35 lat pracowała w polu w każdą pogodę: przy scaleniach gruntów, potem we własnej pracowni. Od 1998 roku codziennie o siódmej zapisuje temperaturę, opad i wiatr.



