Montaż sceny przed festiwalem: trzy dni na jeden wieczór

Plac za wydmą w nadmorskiej miejscowości na Pomorzu Zachodnim, wiatr od morza i ekipa, która w trzy dni stawia scenę na jeden koncert. Opisuję, jak się to robi na piasku i dlaczego wszyscy patrzą na wiatromierz.
Pierwszego dnia o siódmej rano na placu za wydmą był tylko piasek, kilka palików i dwie ciężarówki z naczepami. Plac leży kilkaset metrów od plaży, za pasem sosen. Teren na oko płaski, ale kiedy zerknęłam na poziomnicę, którą jeden z monterów położył na desce, pęcherzyk uciekł w stronę morza. Wiatr szedł od zachodu, wzdłuż brzegu, i niósł zapach soli i glonów.
Przyjechałam na trzy dni, bo chciałam zobaczyć od początku, jak powstaje scena, na której w środę wieczorem, na otwarcie wakacyjnego festiwalu, miał zagrać koncert dla kilku tysięcy ludzi. Przez trzy dni pracowało tam kilkanaście osób. Koncert trwał niecałe dwie godziny.
Piasek pod nogami podpór
Pierwszy dzień należał do ziemi. Kierownik montażu chodził z planem i taśmą, wyznaczał narożniki sceny i miejsca pod podpory. Pod każdą podporę szła szeroka płyta, żeby rozłożyć nacisk. Piasek ugina się pod punktowym ciężarem i podpora bez płyty potrafi po deszczu osiąść o kilka centymetrów. Na scenie, na której stoi kilka ton sprzętu i dachu, takie osiadanie przekrzywia całą konstrukcję.
Potem poziomowanie. Spadek w stronę morza, który pokazała poziomnica, trzeba było wyrównać regulowanymi stopami i podkładkami. Monterzy robili to niwelatorem laserowym. Patrzyłam z przyjemnością: punkt na łacie, odczyt, podkręcenie stopy, następny punkt. Robiłam to samo przy fundamentach hal, tylko z łatą drewnianą.
Na koniec balast. Konstrukcja sceny jest lekka w stosunku do swojej powierzchni, a dach i ekrany łapią wiatr jak żagiel. Dlatego przy podporach stawia się ciężkie bloki betonowe albo zbiorniki z wodą, przypięte do konstrukcji. Ile i gdzie, wylicza producent konstrukcji dla danej wielkości sceny.
Wieczorem pierwszego dnia przyszedł nad wybrzeże deszcz i padał do nocy. Rano obeszłam wszystkie podpory i przy dwóch piasek wokół płyt był podmyty, w małych rowkach, którymi spłynęła woda z dachu sąsiedniego namiotu. Monterzy dosypali piasku, ubili go nogami i jeszcze raz sprawdzili poziom. Na piasku to normalne, ale gdyby nikt tego nie obejrzał, podpora siadałaby dalej przy każdym kolejnym deszczu.
Dach idzie w górę
Drugi dzień był dniem kratownic. Aluminiowe kratownice, skręcane na ziemi w długie belki, tworzą ramę dachu. Do niej przypina się plandekę. Całość podnosi się wciągarkami łańcuchowymi zawieszonymi na wieżach w narożnikach, powoli, centymetr po centymetrze, równo na wszystkich czterech rogach.
Przez cały czas ktoś patrzył na wiatromierz zamontowany na najwyższym punkcie. Padało prawie cały dzień, w porywach od morza dmuchało porządnie, plandeki boczne łopotały jak flagi. Kiedy porywy się nasilały, podnoszenie dachu stawało, monterzy czekali.

Producent sceny podaje w instrukcji progi wiatru. Przy jednym zdejmuje się plandeki boczne i siatki, opuszcza ekrany i kolumny głośnikowe podwieszone pod dachem. Przy silniejszym przerywa się pracę na wysokości i schodzi z konstrukcji, a podczas koncertu przerywa się występ i odsuwa ludzi spod sceny. Na festiwalach nad morzem te progi nie są teorią.
„Dach wytrzyma. Ekran przy takim wietrze robi się żaglem, z nim nie wchodzę” - powiedział monter, który zszedł z wieży, kiedy na wiatromierzu przez kilka minut utrzymywały się mocne porywy. Ekran zawisł dopiero następnego dnia, kiedy przestało padać, w chwili między porywami.
Praca nad głowami
Trzeci dzień był najdłuższy: światła, nagłośnienie, okablowanie, ekrany i próba. Monterzy pracowali wysoko na kratownicach, w uprzężach przypiętych do konstrukcji. Przepisy o bezpieczeństwie pracy uznają za pracę na wysokości już wszystko powyżej metra nad ziemią, a tu chodziło o kilkanaście metrów. Na dole obowiązywał kask, a pod pracującymi zawsze był pusty kawałek placu, ogrodzony taśmą.
Wieczorem przed koncertem ruszyła próba dźwięku. O tym, ile przepisów i obowiązków wiąże się z wpuszczeniem tysięcy ludzi na jedną łąkę, pisałam przy turnieju pod zamkiem na Kociewiu. Tutaj widziałam to samo: ogrodzenie, drogi ewakuacyjne, punkt medyczny przy wejściu, ochrona. Do tego plan na wypadek złej pogody. Ktoś musi wiedzieć, kto podejmuje decyzję o przerwaniu koncertu, gdzie ludzie mają się schronić i którędy wyjść z placu za wydmą, kiedy wszyscy ruszą naraz.
Wieczór od morza
W środę wiało najmocniej z całych trzech dni, ale przestało padać, a wieczorem wiatr trochę osłabł. Od morza ciągnęło chłodem, o dziewiątej było osiemnaście stopni. Ludzie w szortach i koszulkach przestępowali z nogi na nogę i owijali się kocami. Koncert zaczął się o czasie i skończył przed północą.
Kiedy ostatni widzowie wychodzili, monterzy już zdejmowali światła. Do czwartkowego wieczoru plac miał być znów pusty. Zostały odciśnięte prostokąty płyt na piasku i ślady opon ciężarówek, które za tydzień rozwieje ten sam wiatr od morza.
Zanim wyjdziesz w teren
- Na koncert nad morzem weź kurtkę nawet w lipcu. Po zachodzie słońca wiatr od wody potrafi zbić temperaturę o kilka stopni w godzinę.
- Kiedy organizator przerywa koncert z powodu wiatru albo burzy, słuchaj komunikatów i odejdź od konstrukcji, wież i masztów. Konstrukcja, która w dzień stała spokojnie, przy szkwale pracuje.
- Nie stawaj przy linkach odciągowych i balastach wież nagłośnieniowych, nawet jeśli to najlepsze miejsce z widokiem.
- Na piaszczystym placu buty z zakrytymi palcami sprawdzą się lepiej niż sandały. Wieczorem łatwo nastąpić na coś, czego nie widać.
Reportaż napisała Elżbieta z Chełma. Geodetka z Chełma. Przez 35 lat pracowała w polu w każdą pogodę: przy scaleniach gruntów, potem we własnej pracowni. Od 1998 roku codziennie o siódmej zapisuje temperaturę, opad i wiatr.



