Pomiń nawigację
w terenie wterenie.com.pl

Reportaże z miejsc, gdzie praca toczy się pod gołym niebem.

Imprezy plenerowe

Bieg górski widziany z punktu odżywczego

Miejsce: Karkonosze 4 min czytania autorka: Elżbieta

Biegacz na kamienistej ścieżce górskiej widziany od tyłu
Biegacz na kamienistej ścieżce górskiej widziany od tyłu

Druga połowa września w Karkonoszach. Spędziłam dzień jako wolontariuszka na punkcie odżywczym na przełęczy, przez którą biegła trasa górskiego biegu, i patrzyłam, co z ludźmi robi wiatr na grzbiecie.

Na przełęcz weszłam z dwiema wolontariuszkami o szóstej rano, kiedy było jeszcze ciemno. Niosłyśmy w plecakach banany i ciasto. Wodę, izotonik i stoły przywiozło wcześniej auto, które ma pozwolenie na wjazd drogą techniczną. Na górze termometr przy plecaku pokazywał cztery stopnie, a wiatr od zachodu wiał tak, że trzeba było mówić sobie prosto do ucha.

Siedziałyśmy w chmurze. Widoczność może pięćdziesiąt metrów, czasem mniej. Kamienie na ścieżce mokre od mgły, kosodrzewina po obu stronach ociekała wodą, chociaż deszcz zaczął siąpić dopiero koło dziewiątej.

Stoły trzeba przywiązać

Pierwsza godzina poszła na rozstawianie. Namiot bez boków, dwa stoły, pod nimi kanistry, na stołach rzędy kubków. Wszystko, co lekkie, wiatr porywał w sekundę, więc kubki stały w skrzynkach, a nie na blacie, i napełniałyśmy je w ostatniej chwili. Linki namiotu przywiązałyśmy do kamieni, bo w skałę nie da się wbić śledzi.

Przez trzydzieści pięć lat pracy w terenie stawiałam statyw z instrumentem w każdym wietrze i nauczyłam się jednego: to, co ma postać żagla, prędzej czy później odleci. Namiot na przełęczy jest żaglem.

Organizator wymagał od biegaczy własnych kubków albo bukłaków, więc na stole były też dzbanki do dolewania. Kubki jednorazowe trzymałyśmy tylko dla tych, którzy swój zgubili. Na górskich biegach coraz częściej tak to wygląda, bo w parku narodowym każdy kubek porwany przez wiatr ląduje w kosodrzewinie i ktoś musi go potem stamtąd wydłubać.

Limit czasu jest dla bezpieczeństwa

Punkt na przełęczy miał limit czasu. Kto dobiegł po określonej godzinie, kończył bieg tutaj i schodził na dół z wolontariuszem albo ratownikiem. Limity ustawia się tak, żeby ostatni biegacze nie zostali na grzbiecie po zmroku i żeby służby wiedziały, ilu ludzi jest jeszcze na trasie.

Sędzia z listą zawodników zapisywał każdego, kto przebiegł, z godziną. Pod koniec dnia lista musi się zgadzać: ilu wystartowało, ilu przeszło przez punkt, ilu zeszło, ilu dobiegło. Jeśli kogoś brakuje, zaczyna się szukanie.

Pierwsi przybiegli po dziewiątej. Ci z przodu brali kubek w biegu, wypijali w trzech krokach i znikali w mgle. Środek stawki zatrzymywał się na minutę: banan, kawałek ciasta, sól, kubek coli. Najdłużej przy stole stali ostatni. Im trzeba było już dolewać ciepłej herbaty z termosów.

Butelki z wodą i papierowe kubki na stoliku
Butelki z wodą i papierowe kubki na stoliku

Na grzbiecie jest inna pora roku

W dolinie, w miasteczku pod górami, tego ranka było osiem stopni. Na przełęczy cztery. Temperatura spada z wysokością średnio o około sześć dziesiątych stopnia na każde sto metrów. Przy kilkuset metrach różnicy daje to kilka stopni, a wiatr robi z tego odczuwalnie dużo więcej.

Biegacz zbiega z grzbietu mokry od potu i od mgły, w koszulce z krótkim rękawem. Zatrzymuje się przy stole na dwie minuty i w tym wietrze wychładza się błyskawicznie. Dlatego na liście obowiązkowego wyposażenia takich biegów jest zwykle kurtka z kapturem, folia ratunkowa, naładowany telefon, czasem czapka i rękawiczki. Ratownik, który stał z nami przy punkcie, sprawdzał wzrokiem każdego, kto zatrzymywał się dłużej. Dwóch biegaczy poprosił, żeby założyli kurtki, zanim ruszą dalej.

Jedna zawodniczka zeszła z trasy na naszym punkcie. Nie była ani kontuzjowana, ani wyczerpana, po prostu trzęsła się z zimna i nie mogła utrzymać kubka. Ratownik owinął ją folią, dał gorącej herbaty i po kwadransie sprowadził na dół.

Kiedy chmura odpłynęła

Koło pierwszej wiatr skręcił bardziej na północ i chmura zsunęła się z przełęczy na czeską stronę. Nagle zobaczyłyśmy, gdzie jesteśmy: długi grzbiet z kamiennymi ścieżkami, w dole doliny w żółknących lasach. Mżawka nie ustała, termometr pokazał siedem stopni. Ostatni biegacze dobiegali już z widokiem na doliny, ale w kurtkach zapiętych pod szyję.

Dopiero wtedy zobaczyłam, jak wygląda trasa za naszym punktem. Ścieżka schodziła z przełęczy po kamiennych płytach, mokrych i śliskich od mgły i mżawki. Ratownik powiedział, że więcej biegaczy skręca kostki na zbiegu niż na podbiegu, bo zmęczone nogi przestają wybierać, gdzie stanąć.

Punkt zwijałyśmy ponad godzinę. Wszystkie kubki, skórki od bananów i opakowania znosiłyśmy w workach na dół. Na skrzynce z kubkami ktoś zostawił kartkę z podziękowaniem, przyciśniętą kamieniem.

Zanim wyjdziesz w teren

  • Jeśli zgłaszasz się jako wolontariusz na punkt w górach, ubierz się jak na cały dzień stania w zimowym wietrze. Biegacze się grzeją, wolontariusze stoją.
  • Sprawdź prognozę dla grzbietu, nie dla miejscowości w dolinie. Różnica kilku stopni i siły wiatru jest w Karkonoszach normalna.
  • Kibicując na trasie, stój z boku ścieżki i nie wchodź w kosodrzewinę. Na terenie parku narodowego obowiązuje poruszanie się tylko po szlakach.
  • Weź własny termos z ciepłym napojem. Na punkcie herbata jest dla biegaczy.

Reportaż napisała Elżbieta z Chełma. Geodetka z Chełma. Przez 35 lat pracowała w polu w każdą pogodę: przy scaleniach gruntów, potem we własnej pracowni. Od 1998 roku codziennie o siódmej zapisuje temperaturę, opad i wiatr.

Z innych wyjazdów

Wszystkie reportaże: jesień